8 stanów, 5 tysięcy kilometrów, 4 strefy czasowe, 2 oceany, 2 maratony

Każdego roku w okresie styczeń – luty szukam miejsca na ziemi, gdzie jest cieplej niż w Polsce i są tam organizowane biegi maratońskie. Podążając za tym planem kończyłem maratony między innymi w Dubaju, Tel-Avivie, Limassol, Miami, Marrakeshu. Wstępnym celem podróży na bieg maratoński w 2020 roku był Qatar. Niestety trudno było znależć towarzystwo do wyjazdu do tego kraju.  W końcu sam zrezygnowałem z tego pomysłu, uznając, że bieg maratoński tam organizowany jest mało profesjonalny i poszukam innych celów podróży.

W następnym kroku rozważałem: Nowy Orlean, Houston, Mobile, Birmingham, Phoenix. Tak się złożyło, że wszystkie te miejsca są w USA dlatego przyszła myśl do głowy czy nie powiązać tego z jakimś dodatkowym celem podroży. Jednym z rozpatrywanych wariantów było objechanie kilku stanów rozpoczynając w Atlanta, biegnąc w Nowym Orleanie i Houston i wracając do Atlanty. Jednak w wyniku dalszych rozważań przypomniało mi się że jednym z moich dawnych marzeń było i jest nadal nie zrealizowane przejechanie USA w poprzek, od jednego do drugiego oceanu. Zacząłem dopasowywać daty maratonów w różnych miastach z ewentualnym pokonywaniem kraju ze wschodu na zachód. Udało się. Niestety najbardziej pożądane przeze mnie maratony do przebiegnięcia (Nowy Orlean, Houston) nie pasowały do założenia, że muszą być tydzień po tygodniu w kierunku ze wschodu na zachód. Ale znalazłem dwa, które to założenie spełniły: Mobile, Alabama i Phoenix, Arizona.

Dodatkowo przebiegnięcia maratonu w tak dla mnie egzotycznym stanie jak Alabama chodziło mi po głowie od kilku lat od kiedy jestem bardziej zainteresowany uczestnictwem w biegach w mniejszych w stanach, do których często nie mam motywacji jechać ale w ramach chęci przebiegnięcia maratonów we wszystkich stanach, przynajmniej raz chcę się tam wybrać.

Decyzja została podjęta. Rozpoczął sie etap planowania. W wyniku dopasowywania dat, miejsc i celów podróży jako punkt startowy zostało wybrane miasto Miami a właściwie Miami Beach (chcąc wyprawę rozpocząć od plaży). Punkt końcowy to Los Angeles a właściwie plaża w Santa Monica, niedaleko od LA.

Zaplanowane starty w maratonach a zarazem obowiązkowe miejsca postojowe we dwie kolejne niedziele to Mobie, Albama oraz Phoenix, Arizona. Pozostałe miejsca postojowe były dobierane według kryterium atrakcyjności miasta oraz odległości od miasta poprzedzającego i następującego. Tak powstał plan odwiedzin kolejnych miast na trasie od Oceanu Atlantyckiego do Oceanu Spokojnego. Biorąc pod uwagę bliskość niektórych miast do Meksyku oraz możliwość pieszego przejścia do sąsiedniego kraju w planie podróży pojawiły się El Paso oraz San Diego. Po przekroczeniu granicy meksykańskiej w El Paso i spędzeniu połowy dnia na zwiedzaniu Juarez okazało się że to nie jest atrakcja warta powtórzenia, dlatego przekroczenie granicy meksykańskiej z San Diego do Tijuany zostało skreślone z planów.

Będąc w niektórych miastach wcześniej miałem jakąś ich ocenę ale odwiedzając je w sposób jedno za drugim miasta wywierały, czasami inne od poprzednich, niekoniecznie trafne, ale jakieś subiektywne wrażenie. I tak krótko można podsumować to tak:

Miami, Floryda – południowa, ciepła i jasna wersja Nowego Jorku,

Tampa, Floryda – skromny, wyciszony kuzyn Miami,

Mobile, Alabama – miasteczko okradzione z tradycji Mardi Grass na rzecz Nowego Orleanu,

Nowy Orlean, Louisiana – zdecydowanie miasto imprezowe,

Houston, Texas – wieżowce i niekończące się estakady,

San Antonio, Texas – historyczne miasto (Alamo) z kilometrami zagospodarowanych ścieżek spacerowych  wzdłuż rzeki,

El Paso, Texas – miasto nadgranicze z dużym wpływem na jego życie ruchu przygranicznego,

Tucson, Arizona – małe miasto z widokiem na góry dla szukających słońca i ciepła w okresie zimowym,

Phoenix, Arizona – bardziej zurbanizowana wersja Tucson z unikalnym pustynnym ogrodem botanicznym,

Yuma, Arizona – miasto świadome sławy filmowej podtrzymujące tradycje westernowe,

San Diego, California – mniejsza, bogatsza, bardziej elitarna wersja Los Angeles,

Los Angeles, California – niekończące się przestrzenie zakorkowanego miasta.

Nie była to podróż życia ze względu jej długość, ilość przebytych kilometrów czy też historycznej atrakcyjności odwiedzanych miejsc. Dla wielu osób byłaby to fizycznie męcząca wyprawa, która może się podobać jeśli się lubi Stany Zjednoczone a zwłaszcza jeśli się lubi wielkie przestrzenie, zróżnicowanie geograficzne i kulturowo. Ale zdecydowanie to była podróż życia ze względu na ilość zdjęć jakie po niej zostały. Przeważnie robimy zdjęcia kiedy chcemy coś zapamiętać i w przyszłości przypomnieć a takich momentów w czasie tej podróży było bardzo dużo.

Podczas podróży miało miejsce wszystko co kojarzy się ze Stanami Zjednoczonymi. Słońce południowej Florydy i Arizony, zagrożenia huraganowe w rejonach Zatoki Meksykańskiej z ostrzeżeniami przerywającymi programy stacji radiowych, niekończące się drogi przez pustynie na których jak się jest mniej uważnym można zostać bez benzyny i liczyć na łaskę losu co miało miejsce na trasie z San Antonio do El Paso, po przeżyte małe trzęsienie ziemi w Kalifornii.

Przesuwając się ze wschodu na zachód dało się zaobserwować wyraźną zmianę dominujących wśród przechodniów ras ludzkich. Od Florydy przez Alabamę i Mississipi do Luizjany to głównie murzyni, od Teksasu do Arizony latynosi a zachodnie wybrzeże to wyraźna dominacja Azjatów.

Apetyt rośnie z miarę jedzenia? Słuszność tego powiedzenia potwierdza wstępna ochota przejechania kolejnego odcinka Stanów Zjednoczonych od Los Angeles do Vancouver w Kanadzie wzdłuż wybrzeża Oceanu Spokojnego jako kontynuacja podróży rozpoczętej w Miami.

Please follow and like us:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *